Rys. Alicja Jachimowicz
Rys. Alicja Jachimowicz

 

Wojciech Jachimowicz

 

 

 

 

 

 

 

      

       Dąb piorunowy

 Działo się to w czasach, kiedy puszcza zaczynała się tuż za wioską a w lasach siedziały leśnobożcy i dwujedne duchy. Nad rzeką Biała Woda, tuż za chałupami, ciągnęły się przepastne dumbła i luny porośnięte żurawinami i wysokimi paprociami.


   Pośrodku wsi Szyba stała drewniana chata Amonitów. Czysto wymalowane wapnem zabarwionym ultramaryną ściany sprawiały wrażenie porządku i dbałości o obejście przez jej mieszkańców. Niebieskawy kolor nie był przypadkiem ani wyrazem upodobania gospodarza lecz przyjętym znakiem, że w chacie jest panna na wydaniu.


   A panna była piękną dziewczyną. Dość wysoka o niebieskich oczach, zawsze schludnie ubrana, uśmiechnięta i pracowita. Na chrzcie nadano jej imię Anna. Jako dziewczynka biegała z innymi dziećmi po wsi i po łąkach wesoło śpiewając zwrotki wiejskich przyśpiewek. Kiedy dorastała przyuczała się przy matce do prac w gospodarstwie, co sprawiało jej widoczną przyjemność.


   Czas nadszedł na wydanie jej za mąż i wtedy właśnie ojciec przemalował chatę na jasno niebieską barwę. Kawalerowie zaczęli zbiegać się z okolicznych wiosek, a nawet z Nowego Miasteczka. Szczególnie zalecał się do niej Karol, syn bogatego gospodarza z Konina. Karol prosił Annę do tańca na wiejskich potańcówkach i rozmarzonymi czarnymi źrenicami spoglądał na jej różowe policzki i spuszczone powieki. Przyjeżdżał do jej ojca niby to zboża kupić, albo zapytać, czy jałówki nie chce kupić.


   Anna jednak była wciąż na jego zaloty obojętna. Karol wzdychał nocami w krzakach opodal jej domu i chudł od tej miłości. Wreszcie zaczął się modlić pod przydrożnym krzyżem do swojego Anioła Stróża o pomoc w staraniach o rękę Anny.


   Pobożność Karola do tej pory była taka sobie, a nawet na niedzielnych mszach czasem rozmawiał ze stojącymi obok wyrostkami. Wszystko to pamiętał jego Anioł Stróż. Lecz po trzech miesiącach codziennych modlitw pod przydrożnym krzyżem i składaniu ślubów o dozgonnej pobożności surowe serce Anioła Stróża zmiękło i ukazał mu się w jasnym świetle obok płotu okalającego krzyż. Karol początkowo oszołomiony tym niezwykłym widokiem, prędko ochłonął i spoglądał na to niecodzienne zjawisko. Wtedy Anioł zapytał:
- Powiedz mi Karolu, czy naprawdę tak mocno miłujesz Annę, że chcesz ją poślubić?
- Tak, Aniele Stróżu mój. Miłuję Annę i niczego bardziej nie chcę, tylko z nią przed ołtarz pójść. Tak tego pragnę, że przyrzekam co niedziela na msze chodzić, a i wotum na ołtarz w Mycielinie ufundować ze szczerego złota - zaklinał się Karol bijąc się pięścią w piersi.
- Karolu, - rzekł po chwili Anioł Struż - dopomogę Ci w spełnieniu twej prośby, a Ty dotrzymaj danego mi słowa.


   Anioł zniknął. Karol, klęcząc jeszcze rozglądał się dokoła i sam nie wiedział, czy to było naprawdę, czy to tylko blask nisko już stojącego czerwonego słońca go oślepił. Wstał i lękliwie rozglądając się na boki poszedł szybko do domu, nikomu nie opowiadając o tym co zaszło.


   Od tej pory Anna, którą spotykał chodzącą z wiadrami na nosidłach do studni koło dworu, zaczęła na niego milszym oczkiem spoglądać. Spotykać się zaczęli na wieczornicach w chatach, tańcowali też coraz częściej ze sobą. W końcu Karol ośmielony tym obrotem sprawy, oświadczył się i został przyjęty.


   Wyprawiono weselisko. Trzy dni bawiono się u panny młodej, a później trzy dni w chacie młode

go. Dwie jałówki poszły na to weselisko i całe beczki angielskiego piwa. Opowiadano też po weselu, że nawet gdańską wódką częstowano, ale to mogło być nieprawdą, bo kto tam uwierzy w takie gadanie. W małżeństwie układało się im dobrze.


   Mijały niedziele i miesiące, a Karol jakoś powoli zapominał o obietnicy złożonej Aniołowi. Bywało, że w niedziele do kościoła się spóźniał, a i o złotym podarunku na ołtarz jakoś mniej myślał.


   Przyszedł już czas na jesienną orkę. Karol wybrał się orać na zagon przy polnej dróżce w stronę Mycielina. Kiedy jechał, zobaczył, że na pogodnym niebie pojawiła się niespodziewanie niewielka czarna chmurka. Patrzył na nią ze zdziwieniem, bo takiego dziwa jeszcze nie widział. Chmurka szybko pędziła w jego stronę i nagle z tego obłoku wysunął się jego Anioł Stróż, którego widział podczas modlitwy pod krzyżem. Anioł tym razem twarz miał jednak zmarszczoną gniewem i spoglądał na niego z wysokości drzew. Karol zatrzymał nerwowo wóz i zeskoczywszy na gliniastą drogę wpatrywał się w oblicze Anioła, już na dobre przestraszony. Po chwili Anioł przemówił groźnym głosem:
- Karolu, nie dotrzymałeś obietnicy. Ufałem twoim słowom. Ponieść musisz karę!


   Karol czując, że sprawa jest chuda dla niego, w oka mgnieniu rzucił się do ucieczki w stronę przydrożnych zarośli, nad którymi górowały wiekowe dęby. Biegł tak szybko, że Anioł zanim się zorientował, Karol już był pod dębami.


   Uniósł się Anioł ponad drzewa i cisnął piorunem w dąb, pod którym spodziewał się ugodzić uciekającego. Piorun nie trafił w Karola tylko odłupał pas kory na dębie. Anioł zniknął w niebiosach, a przerażony Karol odczekawszy w krzakach trzy pacierze chyłkiem wrócił do domu, zostawiając na drodze zaprzężony wóz.


   Od tamtego dnia Karol chadzał do kościoła we wszystkie nakazane święta i niedziele. A i dzieciom surowo przykazał robić to samo.



*   *   *




   Mijały miesiące i lata. Jednak Anioł Stróż, kiedy przelatuje nad tą okolicą i zobaczy ten pamiętny dąb przy drodze z Szyby do Mycielina, ciska w niego piorunem, bo przypomina mu się owa sprawa. Bywa i tak, że nawet z jasnego nieba czasem piorun w to drzewo uderzy.


   Dąb ten do dzisiaj stoi przy drodze i widać na nim stare i nowe ślady po trzaskających weń błyskawicach, pasy odłupanej kory i węgle spalenizny na konarach.



*   *   *

        Wojciech Jachimowicz
Wojciech Jachimowicz

 

 

Pracownia Renowacji Fisharmonii

 

Dwór w Szybie

 

 

Fisharmonia tłocząca odrestaurowana w Pracowni Renowacji Fisharmonii
w Dworze w Szybie

*  *  *

Bardzo ozdobna fisharmonia wykonana w całości z drewna mahoniowego, odrestaurowana

dla Galerii Fotografii Artystycznej
w Nowej Soli

*  *  *