Rys. Alicja jachimowicz
Rys. Alicja jachimowicz

 

Wojciech Jachimowicz

 

 

 

 

 

 

 

      

       Kasztan

W czasach Wielkiej Rewolucji Francuskiej jednemu z zaufanych komisarzy o imieniu Pierre polecono udać się na głęboki wschód Europy. Celem tajnej misji było zbadanie czy istnieje sposób aby zgodnie z dekretem Zgromadzenia spowodować by słońce, bez względu na porę roku, wschodziło codziennie punktualnie o godzinie 6 rano. W Dekrecie postanowione było, żeby właśnie takie pory wschodu słońca wymusić. A jeżeli nie, to wyśle się balon z oddziałem odważnych żołnierzy i doprowadzi sprawę do zadekretowanego porządku.


   Komisarz Pierre został wyekwipowany w szybki powóz z parą karych ogierów, odpowiednią ilość pieniędzy i kopię Dekretu Zgromadzenia oraz rozmaite upominki.


   Podróż z Paryża trwała już przeszło dwa tygodnie i komisarz był już na tyle zmęczony, że zaczął poszukiwać miejsca na kilkudniowy odpoczynek. Przejechawszy Saksonię przeprawił się przez Bóbr, przejechał przez rynek w Kożuchowie i po paru godzinach szybkiej jazdy zatrzymał powóz przed dworem w Szybie. Kiedy powiedziano Panu na Szybie, że przyjechał tak egzotyczny gość, to sam wyszedł go witać. Po zaprezentowaniu się gospodarzowi ulokowano Pierra wygodnej mansardzie na I piętrze dworu, gdzie odpoczywał po trudach podróży przez całe dwa dni.


   Wreszcie zjawił się w południe na wystawnym obiedzie wydanym przez właściciela. Gospodarz chcąc dodać sobie splendoru zaprosił okoliczne dwory na obiad, aby pochwalić się przed sąsiadami osobliwym gościem i swoją hojnością w podejmowaniu przybyszów z dalekich krajów. Zamówiono też muzykantów z zamku w Kożuchowie i przejeżdżającą trupę aktorską dla ubogacenia i tak wystawnej uczty.


   Po prezentacji gościa z Francji zaczęto podawać do stołu. Podobiadek, zimne mięsa, ciepłe pieczyste, trzy rodzaje zup z żurem na początek, wina z Italii i piwa niemieckie. Wreszcie wniesiono ptactwo upolowane przed tygodniem i pieczonego od rana jelenia. Przed deserami i konfiturami zaczęto pytać śmielej komisarza o wieści z Francji. A kiedy przybysz zaczął mówić o swoje berlince zaprzężonej w dwa kare ogiery, że jest to najszybszy pojazd w całej jego ojczyźnie, to gospodarz nie zgodził się z tą teorią twierdząc, że to właśnie jego zaprzęg jabłkowitych arabów jest jeszcze szybszy i idzie o każdy zakład, że wygra wszelki wyścig. Był to jego punkt honoru, bo wiele musiał zapłacić za ową parę arabów i na dodatek znany był w okolicy z szybkiej jazdy.


   Żaden z chwalących się nie chciał ustąpić drugiemu, a że podawano do stołu już czwarty gatunek wina to i atmosfera była mocno rozgrzana, więc postanowiono rozegrać wyścig jutro z rana do kościoła w Mycielinie i z powrotem. Wieża kościelna widoczna była z daleka to i zbłądzić nie było podobna. Została do uzgodnienia tylko nagroda. Obaj byli bogaci więc o pieniądze nie chcieli się zakładać. Pierre zaproponował, że gdy przegra da gospodarzowi sadzonkę kasztana, lecz nie byle jakiego, tylko takiego, który rodzi jadalne owoce – miał ze sobą trzy takie sadzonki, jako niespotykany dar dla ewentualnego handlu z napotykanymi w misji nie przekupnymi mamoną strażnikami na przejeżdżanych granicach. Pan na Szybie postawił w zakładzie oryginalny zrobiony w Rydze, pięknie złocony fortepian stołowy na czterech pękatych nogach.


   Zakład stanął.


   Nazajutrz o świcie przed dworem w Szybie pojawili się konkurenci w swoich wypucowanych zaprzęgach i spory tłum okolicznej szlachty, a z folwarku przybiegli w lnianych portkach chłopi i baby owinięte chustami ciągnące za sobą zaspane dzieciaki.


   Sędzią był najstarszy w okolicy czerstwy szlachcic Adam Kanon z Borowa Polskiego. Konie grzebały podkutymi kopytami po kocich łbach bruku przed dworem, wykarmione i wyczyszczone do połysku. Adam dał znak i powozy ruszyły z łoskotem pozostawiając za sobą chmurę suchego kurzu.
   Wyścig zakończył się szybko i niespodziewanie. Na pierwszym zakręcie tuż za wsią berlinka Francuza najechała na wystający dębowy korzeń i cały ekwipaż wywrócił się omal nie zabijając powożącego, a czarne spłoszone konie zatrzymały się koło zarośli obok dworskich pastwisk. Pobiegli zgromadzeni patrzeć czy co się nie stało, lecz Pierre wstał i otrzepując z kurzu surdut od razu przyznał, że niestety ale przegrał zakład.


   Przyszło do zapłaty. Wyjął Pierre sadzonki kasztana jadalnego i oddał najdorodniejszą z nich dla Pana na Szybie.


   Wszystko by się na tym zakończyło, tylko gospodarz znał się trochę na botanice i sadzonka wydała mu się znajoma, lecz nie jako kasztana jadalnego tylko zwykłego, jakie rosły po okolicy. Zarządził wtedy, że Komisarz Pierre nie wyjedzie dopóty, dopóki na tym drzewie nie wyrosną jadalne kasztany.


    Pierre nalegał:
    - Muszę przecie Panie jechać na wschód z misją, a tu miesiące płyną!
    Pan odpowiadał:
    - Wyrosną kasztany, podjemy ich sobie uprażonych w piecu chlebowym, a wtedy sam Cię do granic odprowadzę!


   Czekali trzy lata. Wreszcie kasztan zakwitł i późnym latem wydał owoce. Wsadzili je do pieca i po upieczeniu spróbowali ich smaku. Wówczas jasnym się stało, że to zwykłe kasztany i do jedzenia w żaden sposób się nie nadają. Złość straszna ogarnęła Pana z Szyby. Zaraz kazał pojmać służbie Francuza i wsadzić do dworskiego lochu a wejście zamurować, uprzednio wrzuciwszy worek zwykłych kasztanów. Krzyczał przy tym, jak opętany biegając po dworskich pokojach:
    - Jak to są kasztany jadalne to je sobie będziesz jadł przez całą wieczność!



*   *   *




   Do dziś w ogrodzie dworskim rośnie ogromny kasztan zasadzony po wyścigu zaprzęgów. A w piwnicach dworu nocami słychać jakieś francuskie szepty i odgłosy trzeszczących w zębach jedzonych kasztanów.



*   *   *

        Wojciech Jachimowicz
Wojciech Jachimowicz

 

 

Pracownia Renowacji Fisharmonii

 

Dwór w Szybie

 

 

Fisharmonia ssąca zbudowana przed stu laty w Rotterdamie

 

*  *  *

 

Fisharmonia tłocząca odrestaurowana w Pracowni Renowacji Fisharmonii
w Dworze w Szybie

*  *  *

Bardzo ozdobna fisharmonia wykonana w całości z drewna mahoniowego, odrestaurowana

dla Galerii Fotografii Artystycznej
w Nowej Soli

*  *  *