Rys. Alicja Piecko
Rys. Alicja Piecko

 

 

 

Wojciech Jachimowicz

 

 

 

 

    Pęknięte serce

W czasach dawnych, pomiędzy dworami w Szybie i Popęszycach, biegła prosta, piaszczysta droga, w której grzęzły aż po drewniane osie koła wozów. Była wtedy wielka susza. Jesiony przy miedzach wysychały, topolom skręcały się liście, a w studniach zaczynało brakować wody. Szeptun z boru czasem nawet opowiadał, chodząc po wioskach, że może przylecieć w taką suszę szarańcza na pola, to i głód wielki zapanuje.

 

Z tej suszy to wielu ludziom poprzewracało się w głowach. Jedni gadali, żeby pójść na tułaczkę do południowych krajów. Bo niby to tam taki dostatek, że każdy kto zamieszka od razu bogatym się staje. Na to starzy mieszkańcy  tylko się w głowy pukali i śmiali  z głupiego gadania. I na gadaniu się to wszystko kończyło, bo nikt wiosek jakoś nie opuszczał.

 

Gorzej było z tymi, co to z tego upału zbójować zaczęli. Zebrała się wtedy banda, co dla niepoznania ich, brody pozapuszczała, ciężkie maczugi przysposobiła i noże długie, pozakręcane za pasy powsadzała. Strach padł na wioski okoliczne od Dalkowa po Szprotawę, że mogą zbóje nocą napadać. I żeby się tylko na rabunku kończyło! Najbardziej bano się, że nożami zakłuwano domowników, co zbiec od okrutników nie zdążali w zarośla albo do pobliskich lasów. Chodziły nawet słuchy, że oddział żołnierzy zostanie przysłany z odwachu w Głogowie, aby kres temu gwałtowi położyć.

 

 

 

* * *

 

 

 

Późnym, gorącym popołudniem drogą szła stara, zgarbiona kobieta z głową owiniętą białą, lnianą chustką. Podeszła do pierwszego domostwa w Szybie i pokłoniwszy się stojącej na progu gospodyni powiedziała:

 

- Dobra gospodyni, a pozwolicie mi przenocować dzisiaj w waszej sieni?

 

- A skąd to idziecie babciu?

 

- Z Popęszyc do Witkowa idę, do syna mojego, Leszka, pomieszkać trochę.

 

Gospodyni Maria zgodziła się przyjąć podróżną na noc pod dach. Powiedziała, że może przenocować w sieni na dębowej ławie zarzuconej baranim kożuchem. Wiedziała już wtedy, że to chata jej syna podpalona została poprzedniej nocy przez rabusiów, a on zakłuty został podczas napadu przez włóczącą  się po okolicznych lasach bandę zbójów, łupiącą  napotkane domostwa. Nie bardzo chciała tą straszną wiadomość powiedzieć od razu babince, bo jej strudzone oczy ożywiały się na samą myśl, że spotka ukochanego syna i nacieszy się jego widokiem i zaradnością.

 

Maria - dobrotliwa kobieta, znana we wsi ze swej gadatliwości, jednak powściągnęła  język i postanowiła opowiedzieć o tej zgrozie nazajutrz. Matczyna tęsknota za synem była ogromna. Nawet gdy spała, wraz z ciężkim westchnieniem, wymawiała co jakiś czas jego imię.

 

Następnego ranka wilgi fałszywie śpiewały na deszcz, którego jeszcze przez kilka tygodni i tak nikt się nie doczekał. Maria w glinianej misce podała polewkę babince i wówczas opowiedziała jej o zbójach, napadach i śmierci jej syna przedwczorajszej nocy. Babinka zbladła i płacząc spadła z ławy oddając nagle ostatnie tchnienie. Zbiegli się domownicy na ten płacz i hałas. Ujrzeli zmarłą z żalu kobietę. A wtedy ten wielki żal zamienił jej serce w kamień, który wypadł z piersi i uderzył z głuchym łoskotem o gliniane klepisko chaty.

 

Dziwny to przypadek. Zawołano sąsiadów i radzono, siedząc w izbie, co zrobić z tym zjawiskiem. Najpierw postanowiono pochować po bożemu babinkę. Kamienne serce zaś zanieść do dworu, młodemu dziedzicowi Baltazarowi, który gromadził przeróżne osobliwości w swoim gabinecie. Do tego pomieszczenia bali się wchodzić chłopi, bo straszył tam wiszący na sznurkach przy suficie wypchany, trzymetrowy krokodyl z otwartą paszczą pełną błyszczących, białych zębów. Kiwał się na wszystkie strony i myślano, że może na kogoś runąć ten potwór i zębiskami pokaleczyć.

 

Dziedzic wziął kamienne serce i wysłuchawszy niesamowitej opowieści umieścił je na wysokiej półce ozdobnej etażerki. Chłopom dał za to pokaźny dzban dworskiego wina przyniesionego wprost z chłodnych piwnic. Tego wieczoru, we wsi, słychać było wesołe śpiewy podpitych chłopów, bo wino stare i mocne było.

 

Nazajutrz Baltazar wszedłszy, jeszcze w szlafroku, do gabinetu osobliwości zapalić ulubione cygaro, zobaczył, że kamienne serce leży na podłodze i jest dwa razy większe niż wczoraj. To z matczynego żalu to serce się rozrastało. Co dzień robiło się coraz większe, aż dziedzic, nabrawszy strachu, kazał je parobkom wytaszczyć przed dwór. Widząc, że sprawa jest wielce zagadkowa, pojechał cichcem po radę do szeptuna z boru. Ten, nie widząc sposobu załatwienia tej sprawy swoimi gusłami, poradził, aby kamień pokropić wodą święconą. Dziedzic namyślił się, że samo pokropienie przez niego może mieć za mało mocy. Zamyślił więc wezwać egzorcystę. Posłano więc lando po zakonnika Waldemara aż do klasztoru w Otyniu. Znany on był z wielkiej zajadłości w potyczkach z siłami nieczystymi.

 

Następnego ranka zaprzęg, wzbijając tumany suchego kurzu, zajechał przed dwór z zakonnikiem i trzema ministrantami w białych komeżkach. Egzorcysta okadził serce i nie pożałował wody święconej do skropienia wielkiego głazu. Po tych czynnościach parobcy, na jego polecenie, z wielkim mozołem rozłupali młotami kamienne serce na dwoje i położyli obie części obok siebie. Tłum wiejskich gapiów aż jęknął zobaczywszy, że kamień przestał rozrastać się z matczynego żalu.

 

 

 

* * *

 

 

Po latach jedna połowa gdzieś przepadła. Podobno użyto jej do budowy fundamentów letniej willi  w Szybie, w której jakoś się źle mieszkało letnikom. Druga połowa po dziś dzień stoi pod klonem przed ogrodzeniem dworu. Czasem widać na niej w upalne, letnie dni jakieś dziwne pojedyncze krople. Niektórzy powiadają, że mają słony smak.

 

 

        Wojciech Jachimowicz
Wojciech Jachimowicz

 

 

Pracownia Renowacji Fisharmonii

 

Dwór w Szybie

 

 

Fisharmonia ssąca zbudowana przed stu laty w Rotterdamie

 

*  *  *

 

Fisharmonia tłocząca odrestaurowana w Pracowni Renowacji Fisharmonii
w Dworze w Szybie

*  *  *

Bardzo ozdobna fisharmonia wykonana w całości z drewna mahoniowego, odrestaurowana

dla Galerii Fotografii Artystycznej
w Nowej Soli

*  *  *